domekdraki blog

Twój nowy blog

Tak trochę z opóźnieniem, ale mniejsza z tym :). Dzień swoich urodzin rozpoczęłam od dłuuuugiego pluskania się w naszej boskiej łazience :). W wannie obłożonej otoczakami, z tealightami w otoczakowych świecznikach, odpływając wyobraźnią w kafelkowy obrazek i napawając się zapachem wielkiej, musującej, cytrynowo-rozmarynowej kuli do kąpieli… ACH! ^^ Tyle powiem. Nie ma jak dobry początek dnia.


W łazience ciągle brakuje kilku drozbiazgów, ale w zasadzie jest skończona. Potrzebujemy jeszcze tylko (wciąż) ładnego dozownika do mydła i plafonu na sufit. W zasadzie jedno i drugie mam już wybrane, ale po prostu ostatnio wpadłam na genialny pomysł wsadzenia wszystkiego co mam na półroczną lokatę i zrobiło mi się, że tak powiem, przyciasno finansowo ;). Z tego też powodu ogólnie zakupy przystopowały, ale powinnam sobie kupić jak najszybciej rozkładany stół do prowadzenia warsztatów i rozkładany fotel do kąta czytelniczego. Aha i krzesło do pracowni, bo pracuję na totalnie niestabilnym, rozkładanym taborecie… No ale przynajmniej mam teraz motywację do roboty, żeby odrobić się na bieżąco. Tak mnie to zmotywowało, że aż doprowadziłam do spełnienia jednego ze swoich ostatnich planów noworocznych – zaczynam uczyć za granicą ^^. Pierwsze przystanki to Edynburg i Whitby.

No, a poza tym to mam coraz to nowe roślinki. Poza paprotką „dorobiłam się także fikusa tępego o kuszących kształtach, żółto kwitnącej kalanchoe i szlumbergery, której niestety nie ma na zdjęciach ( a tą akurat dostałam od babci :) ).
Poniżej fikus i kalanchoe z moimi cudnymi brzozowymi zasłonami i zielonymi firankami ;).

A tu rzut oka na mój warsztat :)

I tyle na dziś :).

A to dzisiejsze zdjęcia warsztatu :).
Zasłony powieszone, meble stoją, osprzęt porozkładany, jasno zielone firanki i nawet mam paprotkę ;D. Jeśli chodzi o rośliny to dopiero początek – zastanawiam się co by tu jeszcze uprawiać w pokoju o ekspozycji wschodniej z lekkim „zboczeniem” południowym. To chyba dość dobry pokój dla roślin. Już wiem, że u S., gdzie słońce operuje dość mocno (pokój południowo-zachodni) to raczej tylko kaktusy i sukulenty ;). Strasznie ciężko robi się zdjęcia wnętrz z oknem. Na żywo oczywiście dużo ładniej i wbrew pozorom pokój jest bardzo jasny :).

Niedawno byliśmy pierwszy raz w życiu w Ikei ;). Oczywiście nie znaleźliśmy tego czego szukaliśmy, ale kupiłam lampkę biurkową, którą widać na zdjęciu. Wkrótce kupujemy też tam rozkładany stół, krzesło warsztatowe (na razie siedzę na rozkładanym taborecie za 13 PLN, który nie jest jakoś szczególnie stabliny ;) ) i chyba jedne zasłony.
No i tyle na dziś.
Jeszcze tylko oficjalnie stwierdzę, że moje brzozowe zasłony od AT design są ZA-JE-BI-STE ^^. Ikea, ze swoimi Anno Unni, które z jakiegoś powodu zniknęły, a od których to wszystko się zaczęło, może mnie pocałować w nos ;P. Jeszcze tylko brakuje mi jakiegoś fajnego „suncatchera”, jakkolwiek się to po polsku nazywa (no właśnie, jak?), w lewej części okna.

I faktycznie, przeprowadzka doszła do skutku. Dwóch przemiłych panów przetransportowało resztę mojego dobytku do mieszkanka. Stało się to w dzień pamiętny, 6.04.2012 ;). Pierwsze dwa tygodnie spędziłam na przymusowym „urlopie” ;). Rozpakowując się i, przede wszystkim odnawiając meble. Tak jak gdzieś wcześniej pisałam postanowiłam odnowić w nieco odjechany sposób, meble wykonane przez mojego tatę jakieś 25 lat temu. Zasadniczo zaczęło się od tego (to już po zdarciu tony plakatów i naklejek):

Potem duuuużo się działo – zdzieranie starego lakieru, malowanienowym, malowanie motywów itd. i wyszło tak:

A tu zbliżenie:

To tylko kawałek mebli tak w zasadzie, ale też nie chcę wrzucąc ogromnej ilości zdjęć. Może jeszcze tylko to, żeby było wyobrażenie:

i szuflady:

Pierwszy raz w życiu robiłam coś takiego, tak więc dzieło sztuki toto na pewno nie jest, ale jestem zadowolona. Bardzo pasują mi do pracowni, trochę „giną” kolorystycznie w ścianach i pokój nie wydaje się nimi przytłoczony, co dla mnie było bardzo ważne. No i dzięki temu mogłam rozłożyć warsztat i od niecałego tygodnia znowu pracuję :). Całość malowania była zrobiona lakierami akrylowymi do drewna.

A tak poza tym to dużo się dzieje, ale miałam napisać o naszych roślinkach. Zarówno śliwka wiśniowa jak i klon czują się bardzo dobrze. Wypuściły już piękne liście po zimie, a śliwka nawet zakwitła. Dokumentacja poniżej.


Teraz mają już więcej liści, ale te zdjęcia były pstrykane chyba na początku kwietnia. W każdym razie oba drzewka mają się dobrze. Poza tym posadziłam też ostrokrzew, ale ktoś go podpieprzył. No cóż, bywa. Usiłowałam również obsadzić płot wściekłym dzikim winem mojego dziadka (przyniósł mi całe naręcze), ale nie wiem czy coś się przyjmie. On twierdzi, że to niezniszczalna roślina ;). Mam jeszcze do wysadzenia bez lilak, ale chyba niestety jest chory na grzybicę (listki zaczynają wysychać od czybków, a potem brązowieją), więc najpierw muszę go wyleczyć.
Ogólnie zrobiło się naprawdę cudownie zielono. Tyle tu drzew, plus dwa moje ulubione – ogromny dąb i jeszcze większa wierzba biała. Miło popatrzeć. Jedyne co, to trochę słychać pobliską ulicę, no i niestety katuje nas budowa czwartego i ostatniego bloku naszego osiedla. Panowie zaczynają o szóstej i co by nie mówić, cisi nie są… No, i tyle na dziś – skończyła mi się wena ;).

Ha :)

Brak komentarzy

No to jutro o 17 przeprowadzka zostaje zakończona :). Przyjeżdżają panowie zabrać ostatnie rzeczy i przetransportować na miejsce. Uff… Dziś ostatnia część pakowania.
Poza tym nabyłam wczoraj chlebak, który upatrzyliśmy sobie z S. O taki, firmy Brabantia (zdjęcie calvado.pl):
Bardzo porządny, stalowy, lakierowany proszkowo, z możliwością postawienia na nim wygodnie kilku rzeczy. I ma 10 lat gwarancji (ciekawe co się może w takim czymś popsuć :D ). Do tej pory byłam przyzwyczajona do trzymania chleba w szufladzie, ale szuflad mamy w kuchni za mało, żeby zajmować jedną pieczywem. To część jutrzejszego prezentu urodzinowego S. ;) Taki okres akurat, że fundujemy sobie bardzo praktyczne prezenty ;).

Ale żeby nie było za nudno, to w środku będzie Blue Curaçao i likier jeżynowy ;). Ostatnio kompletujemy kolorowy barek ;). Naszym najnowszym odkryciem jest Midori – japoński likier melonowy. Obłędnie smakuje z sokiem z cytryny albo z sokiem żurawinowym, tonikiem, odrobiną grenadiny i w różnych innych kombinacjach. Plus zarąbiście wygląda :D (zdjęcie z bardzo fajnego sklepu smaczajama.pl , w którym ostatnio robiłam zakupy). Solo średnio nadaje się do spożycia – przynajmniej moim zdaniem.

I tyle na dziś :).
Następnym razem będzie o mojej nieustającej od jesieni manii sadzenia różnych roślinek na dziko. Na balkonie właśnie czekają na posadzenie w terenie ostrokrzew, bez lilak, bukszpan oraz jałowiec ;).

:)

2 komentarzy

Mała przerwa w relacjach ;). Tak jakoś wyszło. Nawarstwiło się mnóstwo rzeczy – związanych z pracą, z nieustająca przeprowadzką itd.  No bo właśnie – przeprowadzka nadal w toku, ale finał spodziewany jest w tym tygodniu. W życiu bym nie przypuszczała, że tyle to zajmie, a mieszkanie w dwóch miejscach na raz jest zasadniczo upierdliwe. Ogólnie ostatnio mam mnóstwo stresu i po zabawie ze skalą skalą Holmesa i Rahe’a stwierdzam, że zdecydowanie muszę o siebie zadbać i skupić się na przyjemnych, relaksujących rzeczach, jeśli nie chcę skończyć, w ciągu najbliższych dwóch lat np. z zawałem serca ;>.

Ale do rzeczy. Wbrew pozorom w mieszkanku wcale nie zmieniło się wiele, bo skupiłam się głównie na opróżnianiu i porządkowaniu starego miejsca. Mnóstwo wspomnień wróciło, gigantyczna ilość rzeczy wylądowała w śmietniku/koło śmietnika/w bibliotece/u różnych dzieci itd. W tym tygodniu umawiam się z ekipą, która przewiezie mi te kilka rzeczy, których nie damy rady przenieść sami. Póki co w moim pokoju/warsztacie piętrzy się ogromna ilość pudeł, których na razie nie rozpakowuję, bo nie ma gdzie – z braku mebli.

Ale z takich pierdółek – pojawiły się dwie lampy. Jedna, zapowiadana od dawna ;), zrobiona ze zużytych butelek, cześci od roweru itd. przez przesympatyczną Ilarię. To akurat zdjęcie jeszcze z jej studio, niedaleko Rzymu (cieszyła się, że spadł śnieg ;) )

A to już u nas w pokoju:

Przepięknie wygląda, kiedy jest włączona. Musieliśmy ją trochę przerobić i szukamy teraz czegoś, żeby zamaskować dziurę w suficie ;). Ale wszystko w swoim czasie.

Wg oryginalnego projektu Ilarii tam w środku miała być jeszcze dodatkowa, kwasowana butelka osłaniająca żarówkę, ale uznaliśmy, że jest niepotrzebna i S. zrobił z niej lampę do kuchni. Może to i trochę dziwne, ale wygląda na żywo bardzo fajnie i daje idealnie rozproszone światło. Plus  butelka jako lampa w kuchni – w sam raz :). Recykling pełną gębą :).

Ta lampa jest prosta, nie rzuca się specjalnie w oczy i tak jest dobrze. Najpierw miałam fazę, że lampa musi być wypasiona, ognista itd. ale potem doszłam do wniosku, że w kuchni i tak jest dużo akcentów przyciągających wzrok i nie ma co przesadzać, żeby nie stworzyć wrażenia przesytu za dużą ilością przekombinowanych fom.

A z tych kuchennych akcentów, to pojawiły się między innymi szklane dodatki w ognistych kolorach, z motywem triskela, zrobione przez niesamowicie utalentowaną Karolinę, pracującą w technice fusingu. Poniżej BOSKA cukierniczka (która zastąpiła słoik od Nutelli, którym S. doprowadzał mnie do szału ;) ), razem z jednym ze spodeczków do kompletu, oraz jabłkowo-cynamonową tartą, którą zrobiliśmy w ostatnią sobotę:

Komplet składa się właśnie z cukierniczki, misy na owoce, czterech płaskich spodeczków i czterech malutkich miseczek. Więcej zdjęć kompletu tutaj.


No a warsztat póki co leży odłogiem i czeka aż zawitają do niego meble. Wtedy będzie jeszcze dużo kurzenia przy ich ostatecznym odnawianiu i dopiero potem zabiorę się za rozwieszanie zasłon i takie tam. A póki co powstało tam tylko małe legowisko ;). Dywanik od Iewy, plus nóżki do góry na pudło z zestawem do fotografii bezcieniowej, głowa na brzozową poduszkę od ATdesign (dostałam gratis do zasłon, które pokażę, jak je wreszcie powieszę :) ) i jest pełen relaks :).

I na koniec jeszcze aktualne zdjęcie łazienki, bo wydaje mi się, że nie było zdjęcia po zafugowaniu obrazka:

I na dzisiaj wsio. Następnym razem będzie może mniej chaotycznie. A jutro przyjmuję w mieszkanku korespondencję od Sanepidu, ale to historia na następny raz ;).

Ostatnio postanowiłam się wymienić ze wspaniałą Arctią, która w fanastyczny sposób piaskuje szkło :). Ja właśnie kończę dla niej wisiorek, a ona zrobiła dla mnie 6 kieliszków do szampana, 6 kieliszków do wina i dwa takie cosie na drinki, grzane wino, czy inne pyszne rzeczy. Wreszcie będziemy mogli kulturalnie pić trunki wszelakie! :) Ja wymarzyłam sobie wzór bluszczykowy, a S. z górami :). A wygląda to tak:





A tak poza tym to jakoś leci ;). Uwielbiam naszą wannę, więc zrobiłam wczoraj szalone zakupy u JenZenOrganics :). Nakupiłam takich śmiesznych kul kąpielowych, o takich jak te:

w przeróżnych boskich zapachach (a przynajmniej mam nadzieję, że są boskie ;D ) – pomarańcze z imbirem, róża z lawendą, cytryna, czekolada z migdałami, róża bez dodatków… Ogólnie dziewczyna jest pozytywnie stuknięta ekologicznie i robi swoje kosmetyki z samych naturalnych surowców (oraz np. pakuje je w celofan, robi własne knoty, bo normalne są maczane w parafinie, a jej ulubionym hasłem jest „no petroleum here!” :) ). Obawiam się niestety, że w tym wypadku „wartość ekologiczna” zostanie zgubiona w transporcie przez ocean. Tu ropa będzie na pewno :(. Najbardziej nie mogę się doczekać na kąpiel kakaową ^^ ;D:

A trafiłam na Jen poszukując świec sojowych. LOFT stoczył się już całkiem – od początku roku zapowiadają nowy katalog i nic, tak więc postanowiłam przestać być wierną klientką ;) i kupiłam trochę świec sojowych i z wosku pszczelego właśnie u Jen.


Na początek zamówiłam kilka „puszkowanych” i trochę tealightów i zobaczymy – jak będą fajne to pewnie wrócę :). A tak ogólnie to uwielbiam świat i tak, bardzo cieszy mnie pusta konsumpcja :). Tak właśnie!

Ostatnio zajmuję się głównie pakowaniem pudeł oraz rozpoczynam odnawianie regału skonstruowanego w czasach komuny przez mojego tatę. Mebel bardzo solidny, wykonany z ładnej sklejki, z grubą warstwą jakiegoś drewna liściastego, który świetnie służył mi całe życie, a ostatnio jako mebel warsztatowy. Dlatego też postanowiłam zrobić mu zasadniczy makeover ;). Na razie zdołałam zedrzeć z niego grubą warstwę ilustracji z Fantastyki, pod którymi znalałam z kolei naklejki z Wojowniczymi Żółwiami Ninja, Smerfami oraz czymś bliżej niezidentyfikowanym (była kiedyś taka bajka, w której był np. lew ze skrzydełkami i czółkami, hipopotam ze skrzydełkami i czółkami… Jakieś fuzzle, czy coś takiego ;)). Jak się okazuje klej to wszystko miało fantastyczny, bo zedrzeć całkiem się po prostu nie daje. Teraz więc przeszliśmy z S. do dalszych rękoczynów i zdzieramy to wszystko „pacą” z papierem ściernym. I tak trzeba usunąć stary lakier.

Poza tym znalazłam fajny koc, udający futro wilka :). Mam zamiar go nabyć, ale to dopiero jak będę miała swój kącik czytelniczy.

Przyuważyłam ten kocyk z okazji, nadal nie uwieńczonego zakupem, poszukiwania dozownika do mydła. W tym samym sklepie znalazłam o taki i pewnie na nim się skończy. Prosty, w kształcie przypomina kamień, no i ma błyszczące wykończenie, czyli takie jak krany w łazience.

Wpadły mi tam też w oko „okulary” do spania, raczej tak dla jaj w sumie, ale pasowałyby do kocyka S.

S., odkąd się znamy, a więc już ponad 9 lat, jest w posiadaniu chichaśnego kocyka „panterki”. Czemu ją ma, nie mam pojęcia, ale nie wygląda jakby się miała w najbliższym czasie rozpaść, tak więc czemu nie „okulary” ;D. O, „panterka” w zestawieniu z szafą wnękową i podłogą wygląda tak w pokoju S.:

No i tak to :). Lezę zanieść kolejny transport rzeczy do mieszkanka i miło spędzić wieczór :).

Maski

4 komentarzy

Wlaśnie oderwałam się od pracy i tak sobie pomyślałam – a co tam, skrobnę coś ;). Pora w sam raz ;D.
Dziś artykuły wystroju wnętrz ;). Chyba tak by je należało określić, choć to ich wtórna funkcja. W każdym razie będą w pracowni, na widoku. Chodzi o maski, które niedawno wykonała dla mnie niezrównana Brenda Lyons, a o których pisałam już wcześniej.
Maski są trzy – trzy szczególnie znaczące dla mnie istoty. Myszołów, sroka i brzoza.




Wszystkie trzy maski zrobione są z ręcznie formowanej i malowanej skóry. Na żywo wyglądają tysiąc razy lepiej.  To naprawdę piękne rękodzieło ze szczyptą kiczu, który tylko dodaje mu smaku ;P. A jak się noszą :). Brenda jest naprawdę niesamowitą artystką, która tworzy przede wszystkim ilustracje (specjalizuje się w ilustracjach ptasich na wszelkie możliwe sposoby), ale jak widać tematyka masek też nie jest jej obca.
No to dobranoc :).

Obrastamy :)

8 komentarzy

Zaniedbałam się ;). Od ponad tygodnia nie było nowej notki. W dużej mierze dlatego, że utonęłam w zaległej pracy. Ale już się poprawiam ;). Dziś będzie mnóstwo zdjęć, oczywiście fatalnej, komórczanej jakości ;D.

Z rzeczy pozytywnych – kibelek funkcjonuje dobrze, nic nie kapie, tak więc już oficjalnie został uznany za działający :). Zresztą, co jest dość nietypowe w geberitach, mamy zamontowane z boku zabudowy klasyczne okienko rewizyjne na magnesach, tak więc jest możliwość kontroli i dokładnego obejrzenia wszystkiego od środka. Dziś tak w zasadzie wszystko będzie pozytywne, tak więc początek był takim sobie o, chwytem retorycznym ;D, no ale jakoś musiałam zacząć ;).

W czwartek przyjechał pan od mebli kuchennych i łazienkowych. W kuchni dodał brakujący front jednej szafki, wymienił listwę łączącą blaty na czarną, dokręcił jakąś tam śrubkę, ale co najważniejsze, zajął się meblami od łazienki. Jak pisałam jakiś czas temu – meble łazienkowe są moją największą dotychczasową porażką mieszkaniową… Kiedy je zobaczyłam naprawdę zrobiło mi się co najmniej smutno. Panowie od mebli, jako, że stwierdzili, że jest im mnie żal ;), zaoferowali, że zrobią za free jedną, niewielką zmianę i tak się stało. Poniżej zdjęcia tego jak meble wyglądały początkowo – bueeeeee, masakra. W dodatku, czego nie widać na zdjęciu – okleina na przodzie frontów była w kolorze takim jasno dębowym, z kroplą zieleni, a boczki frontów były lekko… różowawe. Po prostu okazało się, że okleina na fronty i okleina na boki mimo, że mają tą samą nazwę (jasny dąb) są z różnych wzorników i różnią się odcieniem (sama je wybierałam, ale osobno). Normalnie rzyg i załamka.

Panowie zaproponowali, że jeśli chcę to mogą wymienić okleinę na boczkach frontów właśnie. Okazało się, że we wzorniku oklein na boczki jest zieleń dokładnie identyczna jak zieleń kafelków. Uznaliśmy z S., że może nie będzie to piękne, ale przynajmniej oryginalne i na tym stanęło. Poniżej efekt. Dla mnie wgląda to tysiąc razy lepiej – szafki wydają się lżejsze, nawiązują do kolorystyki całej łazienki i już nie wyglądają jakby im ktoś powiedział „Ku*wa, stój tam i się nie ruszaj! Może cię nie zastrzelą.” ;>.

To mydło w płynie u góry jest straszne tak nawiasem mówiąc. Mam nadzieję, że wreszcie znajdę jakiś ładny dozownik.

No tak właśnie :). Przyznam, że teraz jestem całkiem zadowolona. Przyzwyczajam się do tych mebli i zaczynam uważać, że wyglądają całkiem ciekawie. Na żywo zresztą wyglądają ładniej. S. twierdzi co prawda, że nie ma specjalnej różnicy, ale dla mnie zmiana jest zasadnicza i to się liczy :).
Ach i z cudownych, optymistycznych, oraz ekologicznych zarazem rzeczy ;D to do łazienki z rana świeci nam słońce i nie trzeba zapalać światła. Pod warunkiem oczywiście, że drzwi są otwarte.

Poza tym nabyliśmy kilka drobiazgów (to specjalnie dla boskiego Ł., który narzekał na zbyt małą ilość zdjęć i brak fotografii drewnianych łyżek ;D ). Np. ogniste ścierki kuchenne, o takie:

W zasadzie one nie są aż tak wściekłe, za to reszta kuchni ma cieplejsze kolory, ale cóż, taki urok komórki :).
O, a tu drewniane łyżki :))))))))))))) oraz inne rzeczy – np. posiedliśmy fantastyczne sztućce, ale o tym zaraz i dostaliśmy w  prezencie czerwono-czarne nożyczki pasujące do kuchni :). S. nabył również cywilizowany otwieracz do trunków wszelakich i z tej okazji kuchnia została zalana miodowym Ciechanem ;). Trzeba było prać wszystkie ścierki, myć podłogę oraz całą zawartość szuflady…

A co do sztućców – to prezent od mamy S. Zapowiedziane zostały jako prawie-że-rodowe srebra, co przyprawiało mnie o palpitacje niemalże ;) (bo posrebrzanych sztućców ponoć nie można myć w zmywarce), a tu na miejscu okazało się, że moi mówiący po rosyjsku rodzice dokonali oględzin i znaleźli na tylnej stronie sztućców napis głoszący, że to po prostu radziecka stal nierdzewna. Tym sposobem dostaliśmy fantastyczny, bardzo praktyczny, naprawdę ładny zestaw, którego nie trzeba myć ręcznie, polerować i wyprawiać z nim innych cudów wianków. Poniżej wzór uchwytów i stosowny napisik informacyjny.


Poza tym pan D. od podłóg olał mnie w sposób haniebny, a ja straciłam do niego cierpliwość, więc S. sam zajął się montażem listw łączących podłogi kafelkowe z drewnianymi.  W sumie dobrze się stało, bo listwy miały być montowane na wkręty wwiercane w wylewkę, a S., zgodnie ze swoją zapobiegawczą naturą, przejechał te okolice najpierw próbnikiem do wykrywania kabli (czy jak to się fachowo nazywa) i okazało się, że podczas wylewania wylewki rurki z kablami  musiały się lekko przesunąć i są akurat tam. Zamontował więc na razie jedną listwę na kleju montażowym i sprawdzamy, czy będzie sie trzymać.

A na koniec moja kawusia z advocatem ^^ w brzozowo-zielonym kubku, na blacie kuchennym ;). Kubek jest zdecydowanie mniej szczegółowy niż prototyp i ogólnie nie jestem w 100% usatysfakcjonowana, ale ma swój urok, więc postanowiłam nie męczyć sprzedawcy. Zresztą K. stwierdził, że kubek jest na żywo „mniej kiczowaty niż myślał”, czy jakoś tak to było ;P. No to niech będzie. W sumie już go lubię, tylko jest tak wysoki, że topią się w nim łyżeczki :))))))))).

Aaaaaa i jeszcze jedno! S. kupił kilka dni temu dwuosobowy, dmuchany materac. Tak więc drodzy przyszli goście :), chwilowo na nim właśnie będziecie spali (koniec ze spaniem na stercie folii bąbelkowej ;P ). Na razie niemiłosiernie śmierdzi gumą, ale go wietrzymy ;). Jest za to bardzo wygodny.

No a ja walczę z przeprowadzką. Na razie jestem na etapie pakowania książek do pudeł (oraz do plecaka S. ;) ).

Dziś bez zdjęć ;P.
Kilka dni temu przyjechali panowie wykończeniowcy dokończyć sprawy kiblowe, po katastrofie. Jakiś czas wcześniej przypełzli rozwalić całą zabudowę, żeby wszystko mogło dobrze wyschnąć. Potem przyjechali postawić ją nowo od zera, ale że są totalnymi kretynami (już nie mam sił przebierać w słowach), więc kupili płytek dokładnie na styk, dwie rozbili i im brakło, a pora była taka, że wszystko pozamykane. Z tego powodu musieli zaplanować jeszcze jeden przyjazd.

Zebrało im się po godzinie dwudziestej (umawianie się z tymi panami na dzień lub godzinę to już inna historia – tego dnia np. czekałam na nich od siódmej rano… dnia poprzedniego), a że musieli dojechać jeszcze z Oświęcimia, gdzie mieli robotę, więc nie zdążyli przed zamknięciem Leroy Merlin, w którym mieli kupić brakujące płytki… Przyjechali bez płytek, ale całe szczęście było jeszcze kilka drobiazgów do zrobienia (pomalowanie ścian w okolicy cokołów, odbitych przed zakładaniem drzwi, dołożenie silikonu tu i ówdzie itd.). 
Pomiędzy ich wizytami S. zauważył, że źle założyli taką jedną podkładkę pod śrubę przy gebericie, więc kibel wisiał przekrzywiony o jakieś 4 mm. Następnym razem, kiedy przyjechali ,tym razem z brakującymi płytkami, mieli to poprawić. No i poprawili. I to miał być szczęśliwy koniec epopei kiblowej – mieliśmy żyć długo i szczęśliwie, w trójkącie, z naszą wypieszczoną toaletą ;). ALE NIE! Dzień po ich wizycie S. patrzy, a tu pod kiblem cieknie woda po kafelkach… No żesz DŻISAS KU**A JA PIE***LE!!!

S. złapał za telefon, dzwoni do pana A., że mają przyjechac natychmiast, bo będą po raz trzeci stawiać wszystko od nowa, w tym drugi raz na swój koszt, no i pan A. – oczywiście przyjadą, robią teraz w Katowicach przez 10 dni i jak będzie trzeba, to będą przyjeżdżać codziennie, i będą jutro po 19. Tiaaa. Zrobiło się jutro (to było wczoraj ;) ) po 19, S. dzwoni pytać, czy już jadą, a pan A. – „Ale jak to, tak dzisiaj?”, „To się nie naprawiło?” :)))))))))). A w ogóle to on nie ma za co zatankować, bo nie dostał przelewu za poprzednią robotę, ale wyślą mu następnego dnia, to przyjedzie następnego dnia… S. grzecznie wytłumaczył mu, że jak mu zrobią przelew „jutro” to najprawdopodobniej dostanie go „pojutrze”, a my nie mamy zamiaru czekać (ja bym dorzuciła jeszcze „i **uj!” ;D), na co S., ku mojemu zaskoczeniu stwierdził, że będą się kontaktować jutro i skończył rozmowę.  Taaa… a potem się dowiedziałam, że właśnie będziemy rozmontowywać kibel i go naprawiać ;D.

I na tym stanęło. S., z moją drobną pomocą, rozmontował cały kibel, znalazł co spie*dolili ty razem (przytrzasnęli fragment uszczelki od dopływu, tak, że była cały czas odgięta i wypuszczała wodę, zresztą nacisk tak ją odkształcił, że już była nie do użytku), wysuszył wszystko (tym razem, całe szczęście, lało się tylko po kafelkach, więc środek zabudowy pozostał suchy) i zmontował całość ponownie. Działa jak złoto, ale S. zabronił mi się cieszyć przez następne trzy dni ;D. Mogę dopiero jak całość będzie suchutka do weekendu :)))))).

Tak, ogólnie to mój mężczyzna potrafi wszystko ;P. Zajmuje się całą domową hydrauliką, montuje kible ;), kładzie sieci, robi dziwne rzeczy z prądem, przekłada drzwi od lodówki, wierci, piłuje, podłącza sprzęty wszelakie oraz wykonuje całe stado innych przydatnych czynności. Do tego jeszcze gotuje :D. A najbardziej niesamowite jest to, jak planuje wszystko z wyprzedzeniem. Projektował np. od zera instalację elektryczną naszego mieszkania i teraz co chwilę okazuje się, jak dobrze to było przemyślane (np. sąsiedzi mają aktualnie mnóstwo problemów z zakładaniem netu, bo np. UPC namiętnie chce im wiercić ściany, rzucać kable wierzchem itd.)  Jestem z niego TAKA dumna :). Zawsze robił na mnie ogromne wrażenie, ale teraz to już w ogóle ^^. My personal hero :*.

No, no, ale żeby nie było za słodko, to jednak będzie jedno zdjęcie ;D – firanki, które S. zrobił sobie do pokoju, o których pisałam ostatnio ;P. Ale po rozwiązaniu problemu toaletowego S. przymierza się do montażu karniszy, tak więc mam nadzieję, że to wybitne dzieło nie będzie tam długo wisiało ;).

I tyle. A komplet łazienkowy z ostatniej notki właśnie dziś odsyłam, bo z jakiegoś powodu pani ze sklepu uznała, że różowawa brzoskwinia to to samo co biały. Otóż nie.


  • RSS